Jak być „dobrym” „promotorem” pracy dyplomowej?

Śmietnik na Saskiej Kępie

Nota techniczna: interesuje mnie specyficzna „dobroć” promotora.

Dla niektórych, „dobry” ma przede wszystkim sens etyczny („dobry dla zwierząt” jest im przychylny), inni myślą o „dobrym” w sensie jakości wykonania („dobre radio” gra głośno i trzyma baterię). Różnie w życiu bywa, raz się jest dobrym tak, raz inaczej, a czasem jeszcze wcale nie jest się dobrym.

Kluczowa jest dla mnie „dobroć”, z której wynika brak zmartwień i radosne interakcje. Oba wspomniane rodzaje „dobroci” mogą prowadzić do takich skutków. Grunt to dobrać „dobroć” do przedsięwzięcia. Dobry promotor to taki, którego praca nie przysparza zmartwień, a jedynie radości: jemu samemu oraz osobie promowanej.


Szkoła jest kłopotliwym miejscem, co potwierdzi każda osoba, która w niej była. Pracuję jako wykładowca, choć nigdy nie uczono mnie wykładania: po prostu byłem na kilku czy kilkunastu wykładach. Wymagam od studentek pisania prac, choć nigdy nie robiły kursu pisania prac. Szkoła sprawdza to, czego nie uczy wcale albo przy okazji: wysławiania w mowie i piśmie, wyboru problemu, układania relacji z zespołem, przełożonymi i sobą samym, dyscypliny i higieny pracy. Większość tych rzeczy wynosi się zresztą z domu albo wynika z sytuacji życiowej. Treść nauczania to tylko treść, a liczy się forma przyswajania wiedzy i jej późniejszych wdrożeń, tak jak o byciu samochodem świadczy forma, a nie konkretny pakiet wyposażenia.

Sam termin „promotor pracy dyplomowej” jest kłopotliwy: na czym polega „promocja pracy”? Na jej ekspozycji? Zachwalaniu? Zwykle tak bywa, nie będę przecież krytykował pracy przygotowanej pod moją „promocją” (choć słyszałem o takich przypadkach).

Miałem w swojej trzydziestoletniej przygodzie szkolnej kontakt z wieloma promotorami i promotorkami różnych moich prac, którzy różnie do sprawy podchodzili. Niektórzy zwracali uwagę na poprawność gramatyczną i ortograficzną tekstu, lecz nie przykładali wagi do treści. Tekst pracy rozrastał się w trzech wymiarach bez składu i ładu, ale wszystkie przecinki miał na swoim miejscu. Czy to chodzi? Inni zwracali uwagę na oddawanie fragmentów w terminie i nie zwracali uwagi na to, o czym chcę opowiedzieć. Rozdziały były nadawane regularnie, ale ich nadawca zużywał się jak sprzęgło. Nie przypominam sobie rozmów o pracy teoretycznej jako kilkumiesięcznym życiowym projekcie (w przypadku doktoratu nawet kilkuletnim). Zajmowaliśmy się na seminariach małymi plikami, a za ich scalenie w wielki plik odpowiadała moja zmęczona głowa. Nie byłem zadowolony z efektów, a nawet się ich wstydziłem (nie próbowałem wydać doktoratu z powodu niechęci do niego).

Czy byłem zadowolony z ich promocji mojej pracy? Czy sam chciałbym być takim jak oni? Czy bycie promotorem polega na wymaganiu? Najwyraźniej tak to jest, a kiedy sam zostałem promotorem, reprodukowałem tradycję. Kazałem studentkom czytać nudne książki, wymagałem znajomości struktury pracy przed przeprowadzeniem badań, pisania rozdziałów na czas i na zadany temat, zwracałem uwagę na błędy i potknięcia.

„Promocja” pracy jako tresura ma sens w sytuacji przedłużania hierarchii: jeśli chcemy wyszkolić do dyplomanta, by stał się – jak my – profesjonalnym producentem tekstu niezależnie od dnia tygodnia, pory roku i stanu psychiki. Stara, wojskowa szkoła: bity pies lepiej szczeka. Uch.


Czy dorosłość to stan, w której samemu podejmujemy decyzję, co i jak chcemy robić? Tak.

Praca naukowa jest także pracą emocji. Jest życiowym projektem. Choć zasadniczy przedmiot może być abstrakcyjny (np. przemiany zawartości czasopisma „Studia Socjologiczne” w czasie i przestrzeni), to jest to przede wszystkim praca o mnie: o moim stosunku do świata, o tym, co mnie interesuje, a co odrzuca, kogo cenię i cytuję, a kogo nie. Co chcę powiedzieć. Zainteresowania i interes są żywotnie splecione. Pisanie pracy dyplomowej jest szukaniem i tworzeniem własnego sposobu odnoszenia się do rzeczywistości. Pomyślałem, że ma to sens jedynie w zgodzie z doraźnym sobą, a nie poprzez dopasowanie do przedwiecznej formy.

Jako „promotor” postanowiłem zatem nie sprawdzać ani ortografii, ani gramatyki, nie zwracam też uwagi na format przypisów. Służą do tego odpowiednie bezpłatne aplikacje. Sednem „dobrej” „promocji” jest wsparcie w znalezieniu indywidualnego rozwiązania do życiowego problemu, jakim jest konieczność napisania kilkudziesięciu stron tekstu. Małymi porcjami? Wielkimi susami? Z czapą teorii? Od drobnostek do generalizacji? Co kto lubi: ważne jednak, by dowiedzieć się, co się lubi. Proces polega zatem na szukaniu najbardziej adekwatnej metody przez testowanie sposobów pisania. W konsekwencji także i forma pracy może być różna: dlaczego zaczynać od rozpoczęcia, a kończyć na zakończeniu? Równie dobrze można pisać od końca albo środka. Czy każda praca musi być rozprawką? Nie musi. Formalnym celem pracy jest zostać zaakceptowaną przez komisję, a nie bycie „zgodną z formą”. Natomiast treść pracy należy do osoby, która ją przygotowuje. W efekcie miałem zaszczyt „promować” prace zupełnie porąbane i niestandardowe (a przy tym zaakceptowane przez komisję), a to naprawdę satysfakcjonujące.

Osoby, której przeżyły już dyscyplinarną dyscyplinę – najpierw przygotuj konspekt, później bibliografię i ustal format przypisów, zacznij od teorii, zdefiniuj wszystkie pojęcia, empirię zostaw na koniec – zwykle mają największe problemy z pisaniem. Proces „promocji” polega wtedy na zdjęciu gipsu dyscypliny i wydeptywaniu nowej ścieżki przez mózg.

Na ASP w Warszawie (tam pracuję) rekomenduje się zamianę terminu „promotor” na „opiekun”, a „recenzja” na „opinia”. Odpowiada mi to werbalne przejście z reklamy do opieki. Zawiera się w tym idea innej szkoły: która nie dyscyplinuje, tylko wspiera w rozwoju. Dla mnie super, ale czy reforma się uda – inna sprawa.


Człowiek, który daje innym rady, zwykle powinien najpierw zastosować je najpierw do siebie. Zrobiłem tak i ja, a w efekcie mogę sobie napisać ten drobny wpis bez konspektu, bibliografii, a nawet bez odniesienia do stanu badań, choć czasem lubię stany badań. Nie ma nawet konkluzji, ale nikt mi nie płaci za pisanie konkluzji i nie chce mi się jej wymyślać. Przez wiele lat pisanie było trudne i pracowe, a teraz znów jest żółte i osobiste. Fajnie.

Pozdrawiam i dziękuję za uwagę. Dziękuję także dyplomantom i dyplomantkom za współpracę.