Na pytanie, kim był Tadeusz Kościuszko, najprościej odpowiedzieć, że podróżą.
Na przełomie lipca i sierpnia przejechaliśmy z Kubą Marią Mazurkiewiczem z Racławic do Maciejowic (a dokładnie ze stacji Miechów do stacji Łaskarzew). Czyli z miejsca, gdzie podróż Kościuszki jako wielkiego Naczelnika Kościuszki się zaczęła, do miejsca, gdzie – pół roku później – podróż Kościuszki jako pewnej wielkości Naczelnika Kościuszki się skończyła. Przejazd pięciuset kilometrów zajął nam tydzień i – podobnie zresztą jak insurekcja 1794 roku – był to czas wielkich zachwytów i cierpień tego samego rozmiaru. Czas niezliczonych przygód, spośród których opiszę tu tylko kilka bardziej osobistych.
Dla zrozumienia wydarzeń należy pamiętać, że pociąg do Miechowa miałem o ósmej rano, dnia poprzedniego pakowałem się w pośpiechu i w takimż pośpiechu zjadłem obiad, na który składał się – między innymi – niedogotowany ryż. Bolał mnie nieco brzuch, ale krótko. To będzie ważne później.
Dzień 1 ➡ Solec-Zdrój
Przygoda rozpoczęła się w małopolskiej ciasnocie i gorączce, ale o Miechowie nie trzeba wiele pisać.
Tuż przed polem bitwy pod Racławicami – w Janowiczkach – kopce kosynierów z widokiem na dolinę i jej brzeg przeciwległy. Kawałek niżej upamiętnienie samej bitwy z reprodukcją racławickiej panoramy i posągiem wspaniałego, szalonego chłopa, który ciężkim butem przygniótł rosyjską faję-armatę. Wciąż zadowoleni z wiktorii letniego spotkania, śmiało wspinaliśmy się na strome wąwozy, a z jamek wylatywały brzegówki.


W Niezwojowicach kapliczka zmontowana jeszcze przed insurekcją, na niej deksterowska fraza:
DKIADROVL ROKU PANSKIEGO 1789
EUNDAIO UDIPL K
Tutaj gdzieś kończy się Małopolska, przez którą rozumiem wzgórza i wgłębienia, a zaczyna kraina płaska i rozległa. W Skalbmierzu na rynku Kuba rozkroił arbuza i oddał mi połowę, abym się posilił, co też zrobiłem. Wkrótce zaczął mnie boleć brzuch i musieliśmy naprężyć łańcuchy, żeby dojechać do schronienia. Trasa przez dolinę Nidy była piękna i na pewno przed końcem życia (o którym dużo w tych chwilach myślałem) chciałbym tam zajrzeć ponownie.
Dzień 2 ➡ Solec-Zdrój
Dotoczyliśmy się do uzdrowiska wypełnionego emerytami i skoczną a głośną muzyką.
Kurowałem się środkami przeciwbólowymi. Okazało się bowiem, że fruktoza słodkiego arbuza sfermentowała przytkana niestrawioną skrobią ryżową. Nagromadzenie gazów wytworzyło bolesne wzdęcie, które uszło dość prędko, lecz boleść kiszek została. Szczęśliwie, były to cierpienia czysto fizyczne bądź duchowe i nie wiązały się z dolegliwościami, które czyniłyby dalszą podróż niemożliwą bądź niehigieniczną.
Zrobiłem sobie dzień przerwy i spacerowałem po parku zdrojowym. Kuba objechał w tym czasie Wiślicę i Nowy Korczyn, o których to miejscach niewiele mogę powiedzieć – on sam był zachwycony.
Ustaliła się tego dnia estetyka wycieczki, w której ja byłem zbolałym od cierpień ojczyzny Tadeuszem Kościuszką, a Kuba korzystającym z życia Julianem Ursynem Niemcewiczem, który z radością spożywał sowite śniadania, które popijał kawą i piwem (ja musy owocowe popijałem wodą) oraz zażywał w parkach poobiednich drzemek (gdy ja czuwałem trapiony chorobą). Był mi bliskim i pomocnym kompanem nawet w godzinie zazdrości, którą odczuwałem, gdy on wcinał czipsy, a ja raczyłem się mocno rozmiękłym bananem.
Dzień 3 ➡ Baranów Sandomierski
Dnia trzeciego zjechaliśmy nad Wisłę, lecz biła od rzeki para tak duszna, a od nieba żar słońca tak wielki, że musieliśmy uciekać przez bezkresne powiśla. Cień znaleźliśmy dopiero w parku w Ruszczy pod dębem, dokładnie tym samym, pod którym dwieście lat temu spoczywał Naczelnik, gdy zbierał siły przed wejściem na wysoki Połaniec, by ogłosić uniwersał.


Poświęćmy ten akapit namysłowi nad kościuszkowską monumentalistyką. W mieście Połaniec znajduje się pomnik Kościuszki autorstwa Adama Myjaka. Naczelnik został na nim przedstawiony jako pionek szachowy, zapewne w ręku zaborczych mocarstw. Na połanieckim kopcu Kościuszki ustawiono zaś krzyż, czyli symbol instytucji doczesnej, która otwarcie zwalczała zarówno Naczelnika, jak i program jego powstania. Panoramę dopełnia kamień, na którym rewolucyjny uniwersał połaniecki podsumowano zdawkowym „odtąd chłopi są wolni itd.”. Nędzne to monumenty, rozpłynięte w uogólnionym smarku upamiętnień, bez szacunku wobec Naczelnika i jego sprawiedliwych postanowień.
Nie wszystkie monumenty na szlaku były takie, co się im chwali.
Mostem kolei hutniczej przeszliśmy na Podkarpacie przez szerokie, ogromne zakole Wisły. Po drugiej stronie rzeki zapadał zmrok i nie mieliśmy sposobności przyjrzenia się tajemniczym kopcom i nadzwyczajnym świątyniom. Tu także trzeba będzie wrócić. Wszędzie trzeba wrócić, bo nie dało się tego właściwie przeżyć za pierwszą wizytą.

Dzień 4 ➡ Sandomierz
Insurekcja kościuszkowska nie dotarła na ziemię sandomierską. Prawda jest taka, że do niewielu miejsc dotarła i niewiele osiągnęła. Szlachta i kler niechętnie patrzyli na upodmiotowienie chłopów, a władze powstańcze nie wiedziały, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Państwa zaborcze wykorzystały okazję, by dalej przesunąć granice. Tak czy inaczej, my przekroczyliśmy Wisłę.



Zamiast Naczelnika dotarła tu złota legenda chłopa spod Miechowa.
Na rynku w Tarnobrzegu stoi bowiem od 1904 roku dobry i proporcjonalny pomnik Bartosza Głowackiego z armatą. Jednym z inicjatorów budowy był Jan Słomka, wójt przez dobre pięć dekad, który swoje długie losy opisał w książeczce „Pamiętnik włościanina”. Miał on sposobność żyć od czasów pańszczyzny po wolną Drugą Rzplitą i obserwować, jak zmieniają się obyczaje w gospodarce. Do dziś stoi jego dom w niezwykle uroczej okolicy podobnych mu domów. Uroda tego zakątka może być wskaźnikiem długiego trwania jego dziedzictwa dobrego samorządowca.
Promem przedostaliśmy się z powrotem na stronę świętokrzyską, by wjechać na wzgórze Koprzywnicy. Ot, przyjemne miasteczko zbudowane w miejscu niegdysiejszej świątyni ognia. Kuba jadł na ławce borówki, a ja oglądałem różnorodną zabudowę w milczeniu.
Gdy zbliżaliśmy się do Sandomierza, wróciły wąwozy, widziane ostatni raz w Małopolsce. Wtoczyliśmy rowery pod Dom Turysty, a chwilę później uderzyła ulewa. Ostrożnie wypiłem piwo, dowiedziałem się bowiem, że musujący napój rozmasowuje zbolałe jelita.
Dzień 5 ➡ Józefów nad Wisłą
Śniadanie zjedliśmy w restauracji Widnokrąg, jedynej, w której wydawano śniadania przed dziewiątą. Estetykę lokalu, a może i skład menu, zainspirowano prozą Myśliwskiego. Zapytałem panią kelnerkę, czy pisarz miał u nich zniżkę, na co odpowiedziała wzburzona (w pozytywnym sensie), że „pan Wiesław zaszczycił ich dwa razy”. Poruszyło mnie to poważne podejście do sprawy.
Nieco gorsze wrażenie zrobił sam dom rodzinny Myśliwskiego w Dwikozach. Jest to ruina, a w pokoju, gdzie mały Wiesio składał klocki znajduje się obecnie baza żuli skonstruowana z pustaków. Najwyraźniej brak Nobla uniemożliwił władzy pozyskanie środków na stworzenie tam izby pamięci. Albo po prostu ludzie mają inne sprawy na głowie, choćby inkubację przetwórstwa na sąsiadującej parceli.
Nocna ulewa przygotowała dla nas nową niespodziankę. Otóż w gliniastych wąwozach wryliśmy się w błoto, które gruntownie zakleiło hamulce i koła. Odcinek do myjni (20 km) minął niewesoło. Rozkopany Zawichost, rozkopana droga wojewódzka, długi most zakończony remontem, a w tym wszystkim rower, który skrzypi, wierzga i przewraca się.


Po umyciu pojazdów w Annopolu dzień odzyskał humorek, a my zaraz za nim. Zjedliśmy zupę, a później na owocowych wzgórzach Kuba zrywał śliwki bądź wiśnie, ja spróbowałem tylko jednej, ostrożnie, faktycznie smakowała wakacją. Wypatrywaliśmy silosów po drugiej stronie rzeki.
Nocleg znaleźliśmy przy samym brzegu Wisły. Przed zachodem migrowały nad nami wielkie stada wron, a w nocy nawoływały puszczyki. Gospodarze poczęstowali nas chlebem z kaszy gryczanej i piwem. Dobry wieczór.
Dzień 6 ➡ Dęblin
Był to najdłuższy dzień wyprawy, przejechaliśmy setkę kilometrów przez krainy absolutnie niezwykłe i nietuzinkowe. Szczególnie upodobałem sobie wsie na starorzeczach, takie jak poddębliński Gołąb: spokojny i wykręcony.



Pod zamkiem w Janowcu zjedliśmy pożywne kluski regionalne, a następnie odpoczęliśmy od upału i nawet mnie udało się zasnąć. Podróż do Puław minęła bez większych kłopotów innych niż nawracające wąwozy. Zakłady chemiczne przygotowały dla mieszkańców miasta wygodną ścieżkę przez las miejski, która kończyła się na nisko umocowanej rurze, zaraz za którą zaczynały się nowe perypetie.
Jechaliśmy teraz wzdłuż azotowych bocznic kolejowych, przez zarośnięte łąki i zapomniane szlaki. Zabawiliśmy chwilę we wspomnianym Gołębiu (muzeum rowerów było już zamknięte). Słońce zaszło, a my mieliśmy do przejechania jeszcze kilkanaście kilometrów. Za mrocznym i krzaczastym lasem wpadliśmy na opuszczony dwór z PGR-em, na pozostawione na bocznicy wagony, wokół których operowały na notacji świerszcze. Drogą uciekał pies.
W Dęblinie nie widzieliśmy nic oprócz świateł sklepu. Rano okazało się, że mieszkaliśmy przy wejściu do bazy wojskowej, a za oknem startowały Orliki i Puszczyki, maszerowali żołnierze nowego i starego (z piwem w ręce) typu.
Dzień 7 ➡ Maciejowice i koniec
Wjechaliśmy w znane i lubiane Urzecze, krainę płaską i pozbawioną śródpolnych zadrzewień. Wydaje mi się, że nie zjedliśmy tego dnia nic na śniadanie i ledwo dotoczyliśmy się do miejsca, z którego można było zobaczyć elektrownię w Kozienicach. Kościuszko był tam dowódcą czegoś – ale czego? Nie mogłem już spamiętać. Może nie był. Zdawało mi się, że widziałem nad Wisłą pień ogromnego drzewa, jakby baobabu.
Wreszcie dotarliśmy do Maciejowic, czyli miejsca, gdzie Naczelnik poniósł ostateczną klęskę. Znów pojawiły się dylematy z zakresu monumentalistyki. W sercu miejscowości stoi wyśmienity obelisk z kosami przeciwko bagnetom (projektu Mieczysława Weltera). Obok – współczesna i bliska ludzkiej skali ławeczka. Można Kościuszce usiąść na kolanach, jeśli akurat nie nagrzeją się od słońca, bo inaczej pali w tyłek.
Jest także trzeci punkt, najważniejszy: kopczyk usypany przez chłopów w miejscu, gdzie Naczelnik faktycznie miał paść, jęknąć i zostać ujętym. W takim miejscu nawet krzyż nie razi, gdyż przyjmujemy, że wynika ze szczerej pobożności, a nie wpychania się w kolejkę.
Zaskakująco dobrze zjedliśmy w restauracyjce przy maciejowickiej stacji benzynowej, a później czekaliśmy na ratunek w Łaskarzewie. Kuba kupił lody – były to jego urodziny. Wszystkiego najlepszego, przyjacielu!

Wsiedliśmy do pociągu pełnego ludzi, którzy nie znali całej tej kościuszkowskiej historii. Ale ty już ją znasz.
Dalsze losy i tajemnice wyprawy kościuszkowskiej poznasz w siódmym Zeszycie Krajoznawczym Daru Dobryszyc (premiera tej jesieni). Tytuł jego to „Żywi i broni. Z Racławic do Maciejowic”.
Pozdrawiam!


