PS. Buduję sobie tu domek w samotności.
Ludwig Wittgenstein do Bertranda Russela, kwiecień 1914
W poprzednim odcinku:
Po niezwykle drobiazgowym porównaniu chrześcijańskich i taoistycznych tradycji pustelniczych opowiedziałem się za tym drugim. Lepiej uwalniać się od społecznych hierarchii zamiast wytwarzać ich nowe formy, choćby były w niebie. W tym przyjrzę się dwojakiej świeckiej tradycji pustelniczej.
Postawmy tezę, że pustelnictwo święte opiera się na pustelni w duchu; pustelnictwo świeckie stawia ją natomiast w lesie. Na to wychodzi.
Swoją (w miarę) słynną przygodę z mieszkaniem pod miastem Henry Thoreau (zatytułowaną Walden) usprawiedliwia tak:
Zamieszkałem w lesie, albowiem chciałem żyć świadomie, stawiać czoło wyłącznie najbardziej ważkim kwestiom, przekonać się, czy potrafię przyswoić sobie to, czego może mnie nauczyć życie, abym w godzinie śmierci nie odkrył, ze nie żyłem. (Thoreau 2013: 108)
Rozważmy dwie podkreślone kwestie.
…stawiać czoło wyłącznie najbardziej ważkim kwestiom…
Odsunięcie się od ruchu społecznego pozwala na selekcję kwestii. Człowiek jest, niestety, zwierzęciem społecznym. Nie byłoby to jeszcze kłopotem, gdyby nie oznaczało wielkiej reaktywności. Ogromnej, paraliżującej reaktywności na powiadomienia produkowane przez innych ludzi. A te powiadomienia dotyczące niezbyt ważkich kwestii zakłócają nasze własne, ważkie przedsięwzięcia. Bo – to założenie całej sprawy pustelnictwa, którą tutaj omawiamy – nasze przedsięwzięcia nie dotyczą gry na giełdzie, kumulacji statusów albo władzy, tylko różnych dziwnych i radosnych spraw, które realizuje się w ciszy oraz ku własnej uciesze.
To nie jest całkowite odcięcie, tylko selekcja. Thoreau chadzał regularnie posłuchać plotek w tawernie czy innym salonie herbacianym. Nic w tym zdrożnego. Są tacy, którzy lubią posiedzieć samotnie przy piwie kątem ucha zbierając historie, inni (jak ja) przechadzają się z psem i nasłuchują opowieści sąsiadów. Wychodzi na to, że można być pustelnikiem i mieć całkiem zdrowe życie społeczne –
– w przeciwieństwie do odbierania sygnałów społecznościowych za pośrednictwem urządzeń elektrycznych. O ich zgubnym wpływie można przeczytać w wielu różnych miejscach, nie muszę tego przypominać. Aby stawiać czoło wyłącznie ważkim kwestiom, trzeba te świństwa odłączyć, aby odciąć kwestie nieważne.
Redukcja sygnalizacji społecznej i społecznościowej (dwie różne rzeczy) to redukcja dystrakcji. O ile surowa praca jako taka mnie nie przeraża, to stresuje mnie wielka liczba drobnych spraw informujących mnie o swojej obecności. Jedna rzecz – dobro, wiele rzeczy – zło.
Zamiast liczyć do miliona, człowiek powinien liczyć do dwunastu. (Thoreau 2013: 109).
Sprawy wojen, polityk, imperiów i ich kryzysów, tak poważne dla poważnych ludzi, nie mają ostatecznie wielkiego znaczenia dla codziennego bytowania i nie powinny mieć wpływu na nasze funkcjonowanie. Nie ma potrzeby wiedzieć o milionie spraw, skoro w rzeczywistości mamy wpływ na – co najwyżej – dwanaście. Polityka jest jak pogoda, z którą trzeba sobie po prostu radzić, a nie ją śledzić.
W ten sposób pozostają nam tylko najbardziej ważkie kwestie, te, które dotyczą samego życia.

…czy potrafię przyswoić sobie to, czego może mnie nauczyć życie…”
Druga kwestia jest natury, rzec można, praktycznej.
Czy można polegać na sobie i robić skutecznie rzeczy rozmaite? Oddalenie od społeczeństwa pozwala, po pierwsze, wyjść poza klasowe i grupowe konwencje. Skupić się na czynnościach bądź rezultatach, a nie na ich społecznym odbiorze. To pierwsza zaleta: możliwość przystąpienia do czynności jako takiej, do czynności w postaci, w jakiej się ją przedsięwziąć zamierza.
Orwell rozważa gdzieś możliwość znalezienia się „poza obrębem klasowości, z całym otaczającym ją zakłamaniem i oszustwem”: aby to osiągnąć, musi jednak zdusić całą swoją ukształtowaną przez społeczeństwo osobowość.
W całości to niemożliwe, ale spróbujmy choć trochę. Pojawia się oto możliwość bądź nawet konieczność wykonywania samemu rzeczy, które normalnie wykonaliby inni. Mierzę się obecnie z może trywialnym przykładem remontu łazienki, który – po próbach komunikacji z wykonawcą, który uciekł – postanowiłem wykonać samemu. Jest ogromna siła i radość w uczeniu się o tych niezwykłych kwestiach wyburzania ścianek działowych. Człowiek poznaje własnymi zmysłami, jak zbudowano wokół niego świat.
Wszak zarówno remonty łazienek, jak i ich projektowanie, wykonywane są przez ludzi, znaczy to, że nie są poza moim zasięgiem jako człowieka. Mogę te rzeczy robić, jeśli dowiem się dostatecznie dużo i pozwolę sobie uczyć na błędach (buduję dla siebie). Uwolnienie się od przypisania do klasy/grupy stanowi zatem punkt wyjścia dla testowania zakresu możliwości dostępnych Homo sapiens.
Oczywiście, remont łazienki to początek. Celem jest „zbudować sobie [tu] domek w samotności”, własne środowisko życia i pracy, adekwatne do potrzeb własnego mózgu. Jeśli fizyczne środowisko kształtuje to, co i jak myślimy, to ukształtowanie środowiska w zgodzie ze sobą pozwoli nam myśleć bardziej siebie bądź po swojemu. I nie sądzę, żeby problemem było, że „własne” „ja” zawsze jest konstruowane, a nie autentyczne, wręcz przeciwnie: to bardzo dobrze, o to chodzi we własnym domku, by skonstruować siebie przez właściwe sobie otoczenie.

Dla Thoreau budowanie „własnego” nie było przeciwieństwem „cudzego”. W jego czasach domek pod miastem odwiedzany był co najwyżej przez wiewiórki i niegroźnych dziwaków. Niestety, dziś nie mamy takiego wpływu na swoje otoczenie, a otoczenie to także śmierdzące samochody i ich kierowcy. Tragedia.
I to właśnie, w skrócie, historia drugiego wielkiego północnoamerykańskiego pustelnika, Teda Kaczynskiego. Ten nerwowo nieśmiały matematyk chciał po prostu dożyć reszty swoich dni w lesie i odwiedzać swoje ulubione miejsce:
To był raczej pagórkowaty teren, nie płaski, a kiedy doszło się do skraju, widać było wąwozy, które bardzo stromo wcinały się w klifowe zbocza, i był tam nawet wodospad. Z mojej chatki to były jakieś dwa dni marszu. I to było najlepsze miejsce do lata 1983 roku. Tego lata wokół chatki kręciło się za dużo ludzi, zdecydowałem, że potrzebuję spokoju. Wróciłem na płaskowyż, a kiedy tam doszedłem, okazało się, że przebili go drogą. (Kaczynski, list z 2003)
Przez następne lata rozpinał druty na szlakach motocyklistów, sypał piach w urządzenia górnicze, podpalał maszyny do karczowania lasu, wsypywał cukier do baków i rozwalał myśliwskie altany. Towarzyszyła temu nieskuteczna kampania wysyłania bomb w liście do przypadkowych osób pracujących na uczelniach. Ludzie odebrali mu spokój. W swoim dzienniku napisał po prostu:
Moim motywem do zrobienia tego, co zamierzam zrobić, jest zwykła osobista zemsta (tamże)
Kaczynski kontynuował chrześcijańską tradycję pustelniczą z jej głęboką nienawiścią do świata. O ile jednak ojcowie pustyni dręczyli głównie siebie nawzajem, to Unabomber uprzykrzał i mordował osoby postronne. Z punktu widzenia realizacji jego celu – bycia pozostawionym w spokoju we własnym domu – była to strategia kontrskuteczna. Jest w tym pewien morał na temat metod osiągania stanu pustelniczego.
Trzeci wielki północnoamerykański pustelnik, Christopher Knight, przeżył w lesie 21 lat nie widząc się z nikim. Dosłownie: nikt go nie widział (poza jednym turystą jednego dnia na szlaku, może rybakiem jednego popołudnia). Ucieczka od męczącej pracy w biurze ubezpieczeń kosztowała wiele, ale nie jego: żeby nie zostać wykrytym, żył z okradania domków wczasowych nad Północną Sadzawką w stanie Maine. Kiedy te kradzieże stały się zbyt męczące, a kamery powszechne, udało się go złapać.
Fakt, że domek Kaczynskiego znajduje się obecnie w magazynie FBI, a nie w lesie, a Knight jest pod nadzorem kuratora, a nie swobodny pod okiem co najwyżej myszołowa, jest może ostatecznym dowodem, jak nieskuteczna była ich droga do budowania „własnego” przez ucisk bliźniego. „Własne” znalazło się całkowicie i bezpowrotnie w obrębie „cudzego”.
Tak kończy nienawiść, kochani.
Należy zatem myśleć o pustelnictwie jako czynności pozytywnej: jako sposobie na wyzwolenie, a nie udręczenie.

PS. Z historycznych powodów (dostępności przekładów w swoim czasie) Thoreau przywołuje konfucjanizm jako interesującą go filozofię, choć w istocie bliski jest mu taoizm. Dowodem na to dwie postaci, które mogłyby pojawić się w Prawdziwej księdze południowego kwiatu.
Pierwsza to drwal, który mówi: „Do kroścet, nigdy w życiu nie byłem zmęczony” (T2013:161+), bowiem kocha swoją pracę i nie posiada wykraczających poza nią ambicji.
A drugi to żebrak, który akceptuje swoje miejsce w świecie: „Nigdy nie miałem za wiele rozumu. Różniłem się od innych dzieci. Brak mi oleju w głowie. Przypuszczam, że taka była wola Pana”. (T2013:168). Ten żebrak to ja, ale także ty, skoro dotarłaś do tego miejsca.
Paul Kingsnorth. 2013. Dark ecology. „Orion” 1/2.
Michael Finkel. 2017. The stranger in the woods: The extraordinary story of the last true hermit.
George Orwell. 2013. Lew i jednorożec. Najlepsze eseje i felietony.
Henry Thoreau. 2013. Walden, czyli życie w lesie.

